"Uczciwość i wiarygodność nauki – odpowiedzialność za słowa w walce o dopuszczalność in vitro" - artykuł pod takim tytułem opublikował w ubiegłym roku magazyn "Nauka". Uzyskaliśmy zgodę na jego publikację, ale z powodu sporej objętości i pokaźnej bibliografii materiału umieszczamy tylko jego fragmenty. Autorką tekstu jest Barbara Dolińska.
Fragmenty tekstu
W prasie codziennej i w Internecie aż roi się od półprawd i nieścisłości przedstawianych przez ludzi z cenzusem profesorów i doktorów. Nie jest moim zamiarem przedstawianie w tym miejscu światopoglądowych argumentów za czy przeciw technikom wspomaganego rozrodu, lecz pokazanie, jak nierzetelnej argumentacji używa się w dyskusji nad samym problemem.
[...]
Chciałabym pokazać na konkretnych przykładach, jak bardzo nierzetelnie polscy naukowcy prezentują swoim rodakom kwestię zapłodnienia pozaustrojowego. Inaczej mówiąc, chciałabym zatem zwrócić uwagę na zjawisko manipulowania nauką przez ludzi nauki w kontekście dyskusji bioetycznej Szczególnie niepokojące w tej dyskusji jest posługiwanie się argumentacją, odwołującą się do wyników badań osób poczętych w wyniku zastosowania technik wspomaganego rozrodu (Assisted Reproductive Technology – ART, od roku 2006 utożsamianych z zapłodnieniem pozaustrojowym). Obawiam się, że na tym tle dochodzi do nierzetelności.
[...]
Uzyskane przez autorów wielu prac wyniki wskazują na istotnie częstsze u dzieci poczętych w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego pojawianie się wad wrodzonych. Bardziej szczegółowa analiza przeprowadzona przez autorów pokazuje jednak, że nie ma podstaw do orzekania o wyższym niż w warunkach poczęcia metodami naturalnymi ryzyku występowania dużych wad wrodzonych, zarówno w przypadku procedury ICSI, jak i IVF. Stwierdzono natomiast zwiększenie częstości występowania małych wad wrodzonych (definiowanych jako wariant normy i niemających istotnego znaczenia dla zdrowotności) i dotyczy to obu procedur zapłodnienia pozaustrojowego. Wady małe stwierdzano w 20 proc. przypadków dzieci poczętych naturalnie, u urodzonych w wyniku docytopazmatycznej injekcji plemnika do komórki jajowej (ICSI) w 29 proc., a u poczętych w wyniku klasycznej procedury zapłodnienia pozaustrojowego (IVF) w 31 proc. przypadków (p < 0,001).
[...]
Kwestia wzrostu ryzyka dużych wad wrodzonych (przyjętym kryterium klasyfikacji wad był system ICD-10, a wady określane były przez autorów jako mające wpływ na funkcjonowanie lub wymagające interwencji chirurgicznej) okazała się bardziej złożona. Gdy badacze przyglądali się wadom pod kątem nieprawidłowości poszczególnych układów, okazało się, że nie ma jakichkolwiek podstaw do orzekania o większej częstości zaburzeń układów: krążenia, mięśniowo-szkieletowego, pokarmowego, jak również oka, ucha twarzy i skóry. Jedyna statystycznie istotna różnica dotyczy układu moczowo-płciowego, i rzeczywiście poziom istotności tej zależności jest wysoki (p < 0,001). Dokładna analiza ujawniła, że ryzyko takiej wady jest największe u chłopców poczętych w wyniku ICSI. Porównanie częstości wszystkich dużych wad wrodzonych (bez względu na okres, w którym były diagnozowane) wykazuje, że występują one częściej w warunkach zapłodnienia pozaustrojowego niż poczęcia naturalnego (p < 0,006). Bliższa analiza pokazuje jednak, że brak jest podstaw do orzekania, że wady te są częstsze przy zastosowaniu procedury IVF niż w warunkach naturalnego poczęcia (p > 0,05). Tak więc można stwierdzić, że większa częstość takich wad dotyczy jedynie procedury ICSI. Bonduelle i współautorzy nie wykazali natomiast częstszego występowania u pięciolatków poczętych w wyniku in vitro wad i chorób układu neurologicznego (w tym porażenia mózgowego i epilepsji, która w ogóle nie pojawiła się jako kategoria różnicująca), jak również astmy (tak w zakresie rozpoznania choroby, jak i zaleceń stosowania typowej dla astmy kuracji farmakologicznej). Żadne dane nie wskazywały też na pojawienie się w badanej grupie większej częstości chorób nowotworowych.
[...]
Powoływanie się na wyniki badań stanowi ważki argument w dyskusji ideologicznej o dopuszczalność metod wspomaganego rozrodu. Jeśli w debacie społecznej uznany autorytet naukowy wspiera się autorytetem nauki, czyli wynikami badań naukowych, staje się podwójnie wiarygodny. Wizja laboratoriów FIVET ukrywających prawdopodobnie niekorzystne wyniki swej działalności (Cebrat, 2008), motywowanych korzyściami finansowymi (Sadowska, 2008), jest godna literatury sensacyjnej, a nie publicystyki naukowej. Ignorowanie i lekceważenie przedmiotowej literatury, powoływanie się na nieprawdziwe, nieistotne statystycznie i tendencyjnie selekcjonowane dane nie powinno mieć miejsca w świecie nauki, bez względu na subiektywne przekonania o słuszności idei, której się służy. Śmiem twierdzić, że tocząca się obecnie w Polsce społeczna debata nad ratyfikacją konwencji bioetycznej jest najlepszym przykładem stosowania manipulacji nauką.
Niestety ofiarami tej manipulacji stają się ludzie, którzy mogą z metod wspomaganego rozrodu korzystać. Tak ci, którzy pozostają bezdzietni z wyboru, jak i ci, którzy z technologii zapłodnienia pozaustrojowego skorzystają. Pierwsi – bo odroczenie w czasie decyzji o zastosowaniu technik wspomaganego rozrodu statystycznie zmniejsza szansę powodzenia procedury i zwiększa ryzyko zdrowotne u dzieci, bez względu na sposób ich poczęcia. Drudzy – bo będą traktować swoje potomstwo jako potencjalnie bardzo narażone na ryzyko chorób, których źródłem jest sposób poczęcia. Dyskusja, w której stanowisko wobec zapłodnienia pozaustrojowego wyznaczane jest w dużej mierze przez światopogląd zdeterminowany przekonaniami religijnymi, przyczynia się do dramatu bezdzietnych, którzy nie mając oporów religijnych czy etycznych przed skorzystaniem z procedury in vitro, ale obawiając się konsekwencji zdrowotnych, odraczają decyzję o skorzystaniu z ART, traktując ją jako metodę ostatniej szansy. Tymczasem wiele wskazuje na to, że źródłem większości różnic w poszczególnych parametrach zdrowia między osobami poczętymi w sposób naturalny i poczętymi metodą in vitro jest wiek i stan zdrowia rodziców (szczególnie matki) i czas trwania wymuszonej bezdzietności, a nie sposób poczęcia per se. Obawy związane z poddaniem się procedurze zapłodnienia pozaustrojowego mogą więc przesuwać decyzję o skorzystaniu z tej opcji o kilka czy nawet kilkanaście lat, stając się tym samym (przynajmniej w niektórych wypadkach) rzeczywistym źródłem zwiększonego ryzyka dla zdrowia dziecka.
Oczywiście nie znaczy to, że należy zaniechać rzetelnych badań nad zdrowotnymi konsekwencjami stosowania procedury in vitro. Daleka też jestem od ignorowania tych wyników, w których nie osiągnięto różnic statystycznie istotnych. Bez wątpienia stan zdrowia osób poczętych w wyniku zaawansowanych technologii wspomaganego rozrodu jest kwestią najwyższej wagi i wszelkiego rodzaju wątpliwości powinny być niezwykle wnikliwie i starannie rozstrzygane. Wykazana w badaniach empirycznych zależność nieosiągająca istotności statystycznej może mieć znaczenie kliniczne i dlatego powinna stanowić punkt wyjścia dla kolejnych prac. Takie dane nie powinny być jednak w żadnym wypadku orężem w walce ideologicznej. W rzeczywistości jednak w Polsce takim orężem się stały.
Dodaj komentarz